O słodkiej tymczasowości i latających siekierach

„Zupa nie-pożegnalna”

Niedziela przed wyjazdem upłynęła mi leniwie. Nie dopuszczałam jeszcze do siebie myśli o pozostawieniu wszystkiego i wszystkich w Toruniu, nie chciałam myśleć o przeprowadzce, a odległość do przejechania (ok. 350 km) zwyczajnie mnie przerażała.
I wtedy wpadła Ysia, dzwoniąc wcześniej i oznajmiając, że będzie gotować zupę. I że właściwie miała ją ugotować u siebie, ale przemyślała sprawę i uznała, że będę miała zdjęcia jedzenia do wrzucenia na bloga.
Tak powstał pomysł przygotowania zupy nie-pożegnalnej. Bo przecież się nie żegnamy, przecież będę wracać. Nie lecę za ocean, nawet za morze nie jadę. Rzeka co prawda w tych Kielcach może inna niż Wisła, ale płynąć do domu nie muszę, więc to też nie problem.
Zatem, oto zupa nie-pożegnalna:
I przepis na nią:
 
Tak posilona, mogłabym góry przenosić, czym więc było przejechanie tej niebotycznej ilości kilometrów! Ano właśnie….
„W krainie latających siekier…”
Do Chęcin dotarłyśmy z opóźnieniem w porze lunchu i zastałyśmy biuro kompletnie wyludnione. Ja nazywałam nasze meandry po przychęcińskich polnych dróżkach „zwiedzaniem” i „podziwianiem lokalnych krajobrazów”, Ruda_Dwa orzekła jednak dosadnie, że się zgubiłyśmy. I żadna nawigacja nie była w stanie przyjść nam z pomocą. Widzicie, dość szybko odkryłyśmy, że to z tymi siekierami, to niekoniecznie tylko legenda…nasze telefony też jakby dostały skrzydeł (latały po całym samochodzie!)
Będąc niepoprawną optymistką, dopingowałam więc Rudą_Dwa, kiedy brała zakręt za zakrętem, by za chwilę stwierdzić, że „JUŻ TU PRZECIEŻ BYŁYŚMY”, a sama strzelałam fotki. Na przykład taką, na budowaną przez nas S7:
Są góry, dojeżdżamy…
Wiedziałyśmy, że pierwsze parę dni spędzimy „na walizkach” w mieszkaniu znajdującym się nad biurem. Miałyśmy jednak nadzieję, że bardzo szybko będziemy mogły pożegnać uczucie tymczasowości i wprowadzić się do ślicznego, przestronnego, przygotowywanego dla naszej czwórki w tym czasie, czteropokojowego mieszkanka w Kielcach.
…żyje nam się wesoło.
 
Niestety, jeszcze tego samego dnia, gdzieś pomiędzy rozpakowywaniem dziesiątek pudeł, a noszeniem na górę wszelkiej maści mebli, spłynął na nas pierwszy fuck-up tego wyjazdu (integracyjnego, chciałoby się napisać, ale integracja to akurat, co było nam w głowie) Zupełnie niespodziewanie, wszystkie cztery: Ruda_Dwa, Ta_Blondyna, Ta_z_Torunia i ja, zostałyśmy bezdomne, kiedy wynajmujący ni stąd ni zowąd się wycofał…
Przestały pomagać głębokie oddechy, komuś puściły nerwy, ktoś zaczął planować powrót do domu. W przerwach pomiędzy paniką a wyklinaniem „tych cholernych scyzoryków”, powstał plan B.
Dwa razy dwa…
 
Sytuację, oczywiście, uratował mężczyzna – nasz opiekun z biura nieruchomości w kilka godzin gotowy był pokazać nam inne mieszkania, w podobnym standardzie. Stanęło na dwóch mieszkaniach trzypokojowych i jakoś tak naturalnie połączyłyśmy się w pary. Ginger_Power pozostało nierozłączne… i bardzo szybko zdecydowało się na mieszkanie nieopodal wyciągu narciarskiego pod Telegrafem. Ta_Blondyna, jako przedstawicielka drugiej pary, miała trochę trudniejsze zadanie. Nie ułatwiało jej go również to, że miała bardzo szczegółowe wymagania, jeśli chodzi o JEJ mieszkanie. Ta_z_Torunia, pozostająca na tę chwilę w Toruniu właśnie, miała być informowana na bieżąco, ale w ferworze spraw, to właśnie Tej_Blondynie przypadło podjęcie ostatecznej decyzji…nie słuchałam dalej. Z powrotem do mieszkania dotarłyśmy ok. 22:00, po krótkiej wizycie w sklepie spożywczym, ja odetchnęłam z ulgą, przybiłam sobie z Rudą_Dwa piątkę i na głos wyraziłam opinię o tym, jak piękne będzie nasze mieszkanko. Pozostało nerwowe oczekiwanie na decyzję kierownictwa firmy – zapłacą, czy nie zapłacą, oto jest pytanie! Bo wyobraźcie sobie, że logiczne rozwiązanie – obiecali płacić całość za mieszkanie czteroosobowe, to teraz podzielimy „przydział” na pół (pomiędzy dwie pary) i także nie powinno być problemu, wcale nie był brany za pewnik.
Zasnęłam stosunkowo wcześnie i po nocy pełnej niespokojnych snów przywitałam swój pierwszy pełen dzień w Chęcinach. Ten zaczął się całkiem zwyczajnie: wreszcie zasiadłam przy swoim biurku i, jeszcze pozbawiona internetu, mogłam już chociaż zacząć tłumaczyć. Ta_Blondyna natomiast, nadal usiłująca podjąć decyzję co do mieszkania, od rana wisiała na telefonie z tym samym agentem nieruchomości, który wysadził nas przed domem dzień wcześniej o 22:00. Zaraz też zapadła decyzja: jedziemy oglądać więcej mieszkań. Pomna słów moich rodziców, postanowiłam również rozważyć inne opcje i znowu siedziałyśmy w samochodzie przedstawiciela biura nieruchomości w komplecie. Ruda_Dwa też się zabrała, my podejmujemy decyzje demokratycznie.
I wtedy zaczął się kocioł. Brak internetu nie przeszkodził mojemu szefowi, zwanemu przez nas Opalonym (ze względu na śniadą karnację), zażądać ode mnie natychmiastowego tłumaczenia dokumentu ( którego ze względu na wycieczkę do Kielc, oczywiście nie mogłam przygotować). Dopiero pięć telefonów później udało mi się przekonać szefa, że:
a) nie ma mnie w biurze, bo walczę z bezdomnością;
b) to tłumaczenie tak naprawdę wcale takie urgent nie jest i jeśli zaczeka do lunchu, to nic mu się nie stanie (tak mówi nasz prawnik, a prawnik przecież wie co mówi, nie?);
c) z pustego i Salomon nie naleje, a ja bez internetu nie jestem w stanie nawet ściągnąć dokumentu do tłumaczenia, so yeah (nie, nie dałam się wrobić w udostępnianie internetu z prywatnej komórki).
Emocje opadły dopiero podczas oglądania ostatniego tego dnia mieszkania. Prawie równocześnie z ostatnim domofonem, wybrzmiał sygnał smsa. Szefostwo autoryzowało płatności za mieszkania. Nagle nawet Ta_Blondyna podjęła całkiem sprawnie decyzję…
A więc mieszkam, Na razie nadal na walizkach, ale w perspektywie mam ślicznie urządzone mieszkanko no i mniejsze grono współlokatorów. Co chyba koniec końców okazało się lepszym wyjściem…
PS. Latających siekier jeszcze nie widziałam, ale przy rozpakowywaniu pudeł zabrakło nam scyzoryków….
Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “O słodkiej tymczasowości i latających siekierach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s