#ciąglewdrodze: Wrocław

Seryjne blogowanie w pociągu

Posty z serii #ciaglewdrodze chodziły mi po głowie już jakiś czas. Nie byłam w stu procentach przekonana, czy się sprawdzą, do momentu, gdy nie ustaliłam sama ze sobą pewnych zasad ich tworzenia. Kiedy tylko pomysł się wyklarował, postanowiłam wprowadzić go w życie.

Ciągle w drodze to posty, które przede wszystkim powstają i nadal powstawać będą dosłownie „w drodze”, to znaczy na peronach, przystankach, w autobudach i pociągach, które ostatnio stały się dla mnie (kolejnym?) domem. Podróżuję dużo i z różnych powodów, najczęściej jednak, wymaga tego ode mnie moja praca. Aktualnie na przykład siedzę w pociągu relacji Toruń-Wrocław i powoli przyzwyczajam się do myśli o kolejnym tygodniu spędzonym w delegacji. Tym właśnie zamierzam się z Wami dzielić we wpisach otagowanych jako #ciaglewdrodze: wszelkiej maści przemyśleniami, czasem wskazówkami oraz wrażeniami z podróży. Jeśli dobrze pamiętam, ostatni post, który pisałam w taki sposób był postem muzycznym.

A zatem, gdzie jestem, kiedy mnie nie ma?

Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma: Wrocław

We Wrocławiu byłam do tej pory raz w życiu, i co ciekawe, miasto nie wywarło na mnie wtedy, za tym pierwszym razem wrażenia. Gdybym miała je opisać jednym słowem, raczej zamiast „piękne”, czy „niezapomniane”, powiedziałabym „dziwne”.

Z mojego pierwszego razu we Wrocławiu zapamiętałąm Plac Solny, jako najbardziej konfudujące architektonicznie miejsce, jakie zdarzyło mi się widzieć. Wystarczyło się odwrócić, by zamiast wspaniałych, kolorowych i w dużej większości odrestaurowanych już, barokowych (?) kamienic, zobaczyć szaro-bury gmach z niezliczoną ilością okien, zajmowny teraz chyba przez bank. Muszę przyznać, że kiedy odwiedzałam Wrocław w lutym 2014 roku, takie zderzenie epok, kultur czy stylów absolutnie nie przypadło mi do gustu. Uznałam, że władze miasta już dawno powinny coś zrobić z tym szpetnym, wielkim, szaroburym molochem.

Wrocław, Plac Solny. Zderzenie różnych epok. Źródło: pik.wroclaw.pl

Nie wiem, co sprawiło, że zmieniłam zdanie. Gdybym miała, trochę na siłę, szukać po temu powodów, powiedziałabym, że po pierwsze zaczęłam pracę w firmie budowlanej, i przebywanie w towarzystwie ludzi mających zupełnie inne spojrzenie na architekturę miasta jako taką, mogło odbić się na moim postrzeganiu fenomenu Wrocławia. Zaczęłam doceniać tę różnorodność jako świadectwo historii, która stała się udziałem miasta. Dodatkowo, druga moja wizyta na rynku we Wrocławiu miała miejsce w gorący, lipcowy wieczór. A jak wiadomo, wszystko wygląda dużo ładniej, kiedy ogląda się to z kolorowego, głośnego ogródka piwnego, kiedy miasto jest odpowiednio oświetlone i aż tętni życiem.

Przyznaję się bez bicia. Tym razem zachowywałam się jak prawdziwy japoński turysta, pstrykając zdjęcia wszystkiego, co uznałam za w jakiś sposób urzekające. Niestety, nieumiejętnie, dlatego zdjęcia które zaraz zobaczycie, pozostawiają wiele do życzenia. Mimo wszystko, postanowiłam się nimi z Wami podzielić. W końcu kiedyś nauczę się kompozycji, obiecuję to sobie i Wam! 😉

WP_20150716_19_41_09_Pro

Złapałyśmy ostatnie promienie słońca!

WP_20150716_19_44_28_Pro

Ta bardziej kolorowa strona Placu Solnego definitywnie podobała mi się bardziej.

WP_20150716_19_45_00_Pro

Urocze kamieniczki.

Wrocłove miasto krasnali.

Czy wiedzieliście, że Wrocław to miasto krasnali? Ja co prawda o tym słyszałam i jak dziś pamiętam jeden czy dwa okazy, które udało mi się wypatrzeć, kiedy odwiedziłam Wrocław zimą. Nie zdawałam sobie jednak sprawy ze skali zjawiska!

Otóż legenda głosi, że pod Wrocławiem znajduje się Miasto Krasnali. Poświęcona im w całości strona internetowa podaje, że jest ich teraz prawdopodobnie ponad trzysta, i ciągle ich przybywa. Mieszkańcy Wrocławia mogą dość dowolnie stawiać nowe figurki, jeśli tylko mają na to pozwolenie właściciela terenu. Dopiero potem, zgłaszają takiego jegomościa do Urzędu Rejestracji Krasnali, który umieszcza go w rejestrze. Co więcej, każdy ze skrzatów ma swoje imię, które często pochodzi od miejsca, gdzie rezyduje, lub jego wybranego zawodu. Istnieje cała, dość szczegółowa mapa, którą moja włoska koleżanka kupiła w sklepie z pamiątkami, gdzie oczywiśce motywem przewodnim byl skrzat. Ja zaopatrzyłam się w pocztówki z anglielskim pobratymcem wrocławskich krasnali, miłośnikiem herbaty – Esencjuszem oraz z krasnalami-Nowożeńcami. Mojemu T. dostał się magnesik ze Skrzatem-Botanikiem. Oczywiście, przed samym sklepem również zamieszkał jeden z (ołowianych?) krasnali. Nazywa się WrocLovek!

WP_20150716_19_46_49_Pro

Krasnal cudak zwany WrocLovek! ❤

A wy?

Byliście we Wrocławiu? Szukaliście krasnali? Ile figurek udało Wam się odnaleźć? Ja po moim (po części nieplanowanym, delegacyjnym) pobycie we tym mieście, postaram się wrócić tu jeszcze i ruszyć szlakiem krasnali! To może być świetna zabawa!

P.S. Mam nadzieję, że posty #ciaglewdrodze przypadną Wam do gustu. Dajcie znać, co myślicie o samej idei!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s