Pamiętnik Ginger Jones: [krismys parti]*

Pamiętnik Ginger Jones to w założeniu opowiastki z życia pracownika biurowego. Na kontrakcie czy nie, my tutaj w Biurze Budowy, także mamy czasem Problemy Pierwszego Świata.

***

17:00

Wybija 17, zabieram więc swoje rzeczy i z rozmachem zamykam laptopa. Porządek na biurku pozostawiam tylko względny, ale nie ma czasu! Trzeba pędzić do domu, byle tylko znaleźć się tam jak najprędzej i…stanąć przed dorocznym dylematem.

 Bo dzisiaj jest właśnie TEN dzień w roku, dzień w którym wszystko może ulec diametralnej zmianie. Dzień firmowej kolacji świątecznej, zwanej też przez tych władających korpo-lengłydżem [krismys parti]. Mogłoby się wydawać, że nie ma się zupełnie czym przejmować. Pracownikom należy się przecież chwila relaksu przy lampce dobrego wina, zakupionego na koszt firmy, a smaczne jedzenie tylko dopełni całości.

Cóż…nic bardziej mylnego! Bo, cytując klasyka, jakie jest największe kłamstwo świata? To mianowicie, że imprezy firmowe są zupełnie bezstresowymi, sympatycznymi wydarzeniami, które mają za zadanie zintegrować pracowników. No, przynajmniej dla mnie. Czy słusznie? Okaże się już wieczorem.

Skąd ten stres?

17:15

Docieram do domu, ręka z kluczem drży i przez chwilę nie mogę sobie poradzić z otwarciem drzwi. Wreszcie wpadam do środka, w biegu zdejmując buty i kierując się wprost do garderoby. Dopiero kiedy staję przed otwartymi drzwiami szafy, uspokajam się trochę i wzdycham.

Nie mam się w co ubrać. Widzicie, moja szafa może być po brzegi wypchana ubraniami na wszelkie możliwe okazje. A ja i tak nie będę miała w co się ubrać. Wprawdzie, mądrzejsza o doświadczenia z zeszłego roku, wyskoczyłam w weekend do galerii i zaopatrzyłam się w nową spódniczkę. Miałam być może nawet koncepcję imprezowego outfitu, nie zapominajmy jednak, że spędziłam dziś cały dzień w biurze. A tam, moje koleżanki przekrzykiwały się przy kawie na temat swoich kreacji. Nagle, mój genialny, jakże uniwersalny pomysł…zbladł w moich oczach. Cóż mi pozostało?

12347651_1090150134337210_4499420398896632981_n

Znalezione na Facebooku. Ale jakie prawdziwe…

Przymierzam sukienkę za sukienką.

Za mała.

Za duża.

Za różowa.

Za krótka.

Za długa.

Zbyt formalna.

Nie dość formalna.

Patrzę na zegarek.

17:40

 

Wzdycham ponownie i wlokę się pod prysznic. Spotykamy się co prawda całkiem niedaleko mojego mieszkania, ale jeśli zaraz nie umyję włosów, nie wyschną na czas i zamiast być [faszonabli lejt], będę po prostu spóźniona. Nie, faux pas nie jest dzisiaj w menu. Będą za to gołąbki, ryba po grecku i pierogi. A do tego sernik i makowiec. Marzenie! Spędzam kolejne minuty wklepując we włosy odżywkę do spłukiwania i marząc o jedzeniu.

17:50

Patrzę na siebie krytycznie. Pod prysznicem wszystko widać aż za dobrze, jak na dłoni. Nie dla mnie dziś pierogi, a tym bardziej sernik z polewą czekoladową. Powinnam znowu przejść na dietę…

Oto kolejna smutna prawda. Chociaż stoły na spotkaniach firmowych są zawsze suto zastawione, wcale nie oznacza to, że można pozwolić sobie dobrze i dużo zjeść. Od kobiety oczekuje się umiaru, prawda? No i żadna z nas nie chciałaby być bohaterką jednej z historii opowiadanych aż do przyszłego roku!

18:00

Wychodzę spod prysznica. Włosy schną powoli, zawinięte w turban z ręcznika. W założeniu powinnam się  czuć jak nowonarodzona, gotowa stawić czoła tym wszystkim ludziom. Jak się czuję? Najchętniej bym się napiła, przypominam sobie jednak, że z tym także należy uważać. Bardziej nawet niż z jedzeniem. Co innego, być bohaterką nieprzyjemnej historyjki o tym, ile to wepchnęło się w siebie podczas kolacji, co innego natomiast być bohaterką opowieści, której się nie pamięta…

Kieliszek czerwonego wina do kolacji wystarczy. No dobrze, dwa.

18:10

 

Włosy nadal schną, ja czuję już węzeł w żołądku. Dobrze, przynajmniej nie będę mogła zbyt dużo zjeść. Zaczynamy o 19:00, czyli jeśli pojawię się tam za godzinę, będzie w porządku.

Makijaż. Powinien być wypośrodkowany. Trochę ciemniejszy niż zwykle, ale nie zbytnio wyzywający. Imprezowy, ale nie Sylwestrowy z nadprogramową ilością brokatu. Nieźle, udało się, myślę patrząc w lustro, tuż przed nałożeniem tuszu do rzęs…i właśnie wtedy na mojej powiece odciska się czarne mazidło…

18:50

Makijaż poprawiony, włosy nie wyglądają już jak snopek siana. Zabrakło jednak czasu na decyzję odnośnie ubioru. Wciągam na siebie to, co kupiłam specjalnie na tę okazję. Białą koszulę wkładam w czarną skórzaną spódnicę, narzucą skórzaną kurtkę. Buty, no tak. Staję przed kolejnym trudnym wyborem. Wygodne ale mniej wystrzałowe, czy niewygodne ale za to dodające tych paru centymetrów?

Wciskam się w niewygodne, przecież trzeba jakoś wyglądać. Mam tylko nadzieję, że nie będzie tańców, bo tego moje nogi nie zniosą.

19:00

Wypadam z domu, po drodze wpsikując we włosy trochę lakieru, a drugą ręką rozpylając perfumy. Nie zabić się na obcasach, to cel, który chyba mogę sobie postawić?

19:10

Wchodzę na salę, większość miejsc jest już zajętych, wybór mam więc ograniczony. Siadam w towarzystwie młodych inżynierów, mając nadzieję na niezobowiązujące gadki o niczym i trochę śmiechu, zamiast sztywnego small talka. Oddycham z ulgą, uważając, żeby koszula nie rozjechała się za bardzo na klatce piersiowej.  Podają barszcz, a moim nowym celem tego wieczoru jest nie zalać nieskazitelnie białej koszuli czerwoną zupą.

19:30

 

Czas płynie beztrosko, tematy rozmów oscylują wokół tego, czy barszcz jest smaczny i czy może nie powinni podgrzać go trochę bardziej. Nagle, siedzący po drugiej stronie stołu szef, podnosi się i przywołuje mnie dłonią. Uśmiecham się, wstaję, i modląc się, żeby nie grzmotnąć o podłogę, zahaczywszy o rozwiązana sznurówkę buta, przechodzę do tej części sali, gdzie siedzą same grube ryby.

„Ginger, czy nie miałabyś nic przeciwko temu, żeby przesiąść się tu i tłumaczyć mnie od czasu do czasu?”

Przebiegam wzrokiem po twarzach Szanownych Panów Inżynierów. Uśmiechają się do mnie uprzejmie i już wiem, co przypadnie mi w udziale.

„Oczywiście, że nie. Już idę.”

Koniec marzeń o niezobowiązujących rozmowach z kolegami z pracy. Przede mną wieczór small talku, słuchania co raz to dziwniejszych komplementów (tym mniej wyszukanych i bardziej kosmicznych, im więcej wódki się poleje) i jeszcze mniej wyszukanych żartów.

what-happens-at-the-office-christmas-party-stays-at-the-office-christmas-party-6ced8

Chciałabym, by tak właśnie było! 🙂

21:30

 

Rozglądam się dyskretnie po sali. Dobrze zdają się bawić, tylko młodzi chłopacy, z którymi przezornie usiadłam na początku. Rozmowa z Bardzo Ważnymi Panami Inżynierami i Pewną Szychą idzie całkiem sprawnie, nawet jeśli zapada cisza, to nie jest ona niezręczna. Panuje właściwie tylko wtedy, kiedy wbijamy widelec w kolejną potrawę.

Ruskie pierogi.

Smażona ryba.

Small talk.

Dwa toasty.

Ryba po grecku.

Grecka sałatka.

Zwyczajnie polska wigilia. Całe szczęście nie śpiewamy kolęd, chociaż widzę na sali kilku śmiałków, którzy pewnie by się tego podjęli, zachęceni koktajlem z całkiem niezłej wódki i trochę-gorszego-ale-wciąż-całkiem-znośnego wina. To o nich będą opowiadać historię przez kolejny rok.

22:20

Impreza powoli wygasa. Ci, którzy mają jeszcze kilometry do przejechania i nie raczyli się rozstawionymi na stole trunkami, powoli zmierzają w stronę wyjścia. Wstaje także mój szef, co nie do końca jest dobrą nowiną, bo przecież nie zmienię teraz miejsca, a Panowie Inżynierowie raczej nie zamierzają się jeszcze nigdzie wybierać.

Rozchodniaczek z szefem.

Strzemiennego z Szychą.

Można wychodzić.

23:00

Już prawie pod klatką, po omacku szukam w torebce kluczy do mieszkania. Uff, obyło się bez wszystkiego tego, czego obawiałam się najbardziej. Nawet small talk, poprzedzony odpowiednią dawką wina, szedł całkiem nieźle.

Można powiedzieć: mission accompli…

Telefon ląduje w kałuży. No tak, coś musiało pójść nie po mojej myśli. Ale tym zajmę się już jutro. Teraz tylko spać!

Jaka zatem jest prawda?

Imprezy firmowe, są prawdopodobnie najbardziej stresującymi wydarzeniami, znaczącymi cały rok ciężkiej pracy. Nieważne, jakie sprawujesz stanowisko, ile rzeczy jest codziennie na Twojej głowie i jaki spoczywa na Tobie ogrom odpowiedzialności. Dopiero doroczna kolacja bożonarodzeniowa tak naprawdę spędzi Ci sen z powiek! I pogratulujesz sobie, jeśli wszystko pójdzie w miarę dobrze. Tak jak dla mnie w tym roku.

Telefon działa. Można żyć.

*post z przymrużeniem oka

 eve-1071356_960_720.jpg

 

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Pamiętnik Ginger Jones: [krismys parti]*

  1. Już myślałam, że dali tosty, a tu toasty. Te u Adasia takie dobre, ostatnio miksy malowane były super, bo z keczupu była choineczka a z sosu czosnkowego śnieżek na niej. Jadłam jak gupia.

    A tak poza tym to precz z oczekiwaniami wobec kobiet. Kurde, dwudziestowieczny seksizm podwójnych standardów.

    Ton wpisu mi się podobał, aż się zaśmiałam momentami.

    Lubię to

  2. Haha, z tymi przygotowaniami, to jakbym widziała siebie 😛 Ale co za ulga, że wszystko poszło gładko! Raczej rzadko mi się zdarza nie popełnić żadnej gafy w takich miejscach, własnie takiej z rodzaju „będziemy mieć o czym gadać przez cały rok”. 😉

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s