Jaki musi być ten zły, żeby był dobry?

Podsumowując niedaleką przeszłość stwierdzam, że grudzień bez dwóch zdań był dla mnie miesiącem serialowo-filmowym. Nadmiar wolnego czasu, spowodowany przerwą świąteczno-noworoczną spędziłam (wstyd się przyznać) przed ekranem komputera. Z drugiej jednak strony, nic w tym dziwnego, skoro wreszcie miałam okazję nadrobić wszystkie moje lubiane, ale zaniedbane i odłożone na „lepsze czasy” produkcje.

Dodatkowo, również za sprawą T., częściowo udzielił mi się hype gwiezdno-wojenny. Do tego stopnia, że na Przebudzeniu Mocy byłam w kinie dwa razy tego samego dnia. Nie, nie jestem fanką Star Wars i pewnie nigdy nie będę. Niemniej jednak, to właśnie Przebudzenie Mocy skłoniło mnie do głębszych rozmyślań na temat czarnych charakterów.

Pewnie nie będę odosobniona w mojej niegasnącej miłości do serialowo-filmowych nikczemników. Jako „koneserka”, jestem jednak dość wybredna i od pewnego czasu tylko wybrani łotrowie z ekranu zasługują na miejsce w moim sercu. Ale kiedy już tam zagoszczą, ciężko mi o nich zapomnieć…

Jaki zatem musi być ten najczarniejszy z czarnych charakterów, żebym zakochała się w nim bez pamięci? 

Przystojny i czarujący

To być może najbardziej oczywisty punkt programu. I naprawdę ważny nie tylko ze względów czysto estetycznych. Oczywiście, że lepiej się patrzy (i wzdycha) do hollywoodzkiego przystojniaka. Definicji „przystojnego faceta” jest jednak pewnie tyle, co kobiet – i nie ma w tym nic złego!

Dlatego w tej kategorii umieściłabym zarówno Toma Hiddlestona w roli Lokiego, Davida Tennanta w swoim najnowszym wcieleniu – Zebediah Killgrave’a (nemesis Jessici Jones z serialu o tym samym tytule pod egidą Marvela) oraz Madsa Mikkelsena jako Hannibala w wersji zaproponowanej przez Bryana Fullera. Im dłużej im się przyglądam, tym bardziej wydaje mi się, że moja fascynacja tymi mężczyznami, może mieć coś wspólnego z mocno zarysowaną szczęką i wysokimi kośćmi policzkowymi. Hmm…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wygląd bardzo często przekłada się na pewność siebie. A bez tego, żaden łotr nie zabierałby się za rządzenie światem. Ważne, żeby nikczemnik zdawał sobie sprawę z tego, jaką przewagę daje mu wygląd. A jeśli połączyć to z nienagannymi manierami i wyczuciem stylu – ja się rozpływam.

Charyzmatyczny i władczy

Dobry czarny charakter potrafi manipulować ludźmi, potrafi przekonać ich do siebie do tego stopnia, że będą ślepo wierzyć, że to jego wizja świata, jakkolwiek szalona by nie była jest tą jedyną słuszną. A kiedy uwierzą, łotrowi przyda się też umiejętność zarządzania tłuszczą, bo – chcecie tego czy nie, wy piękni, pociągający łajdacy – sami daleko nie zajdziecie.

W tej kategorii mogliby znowu pojawić się panowie z punktu poprzedniego, ale na wspomnienie zasługuje tu także (a może przede wszystkim) łotr jakich mało, który jest ze mną nieprzerwanie chyba najdłużej – Skaza. Co prawda jego przemowa porwała tylko (i aż) całe stado hien, ale mimo być może nienajszcześliwszego wyboru elektoratu, jednego Skazie odmówić nie można było – charyzmy.

Przekonany o swojej wyższości i nieprzeciętnie inteligentny

Hołdowanie przekonaniu, że jest lepszy od całej tej otaczającej go tłuszczy, że od życia należy mu się więcej i że ma prawo brać, co tylko mu się podoba może okazać się dla nikczemnika zgubne. Takie właśnie było (niestety) dla Skazy…

Gif stąd: http://giphy.com/gifs/disney-the-lion-king-idiot-GltHc6mGty1sQ

Chyba, że rzeczywiście jest nieprzeciętnie inteligentny. Geniuszowi jestem w stanie wybaczyć każdą bucowatość (i pójść za nim w ogień) niczym Clarice Starling za Hannibalem Lecterem. Mało tego, jeśli czarny charakter jest naprawdę dobrze skonstruowany, potrafię na jakimś głębszym poziomie, zrozumieć jego pragnienie, żeby wziąć sprawy w swoje ręce. I wprowadzić swój własny, osobisty, idealnie skonstruowany i w każdym calu przemyślany chaos.

Szalony i niebezpieczny

Każdy, kto podejmuje się jednoosobowej misji zapanowania nad światem, musi być szalony. Szaleństwo, widoczne w tym specyficznym błysku w oku każdego prawdziwego drania, sprawia, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Nieosiągalne nie istnieje, a niebezpieczeństwu można śmiać się głośno w twarz (tym swoim głębokim, porażającym i przyprawiającym o ciarki na plecach śmiechem typowego złoczyńcy). Przekonanie o własnej nieomylności i niejednokrotnie nieśmiertelności jest przecież niebywale pociągające.

Bezlitosny i pozbawiony zahamowań

Mnie osobiście to chyba przeraża najbardziej. Kiedy filmowy złoczyńca idzie nie tylko po trupach do celu (umówmy się, zastrzelenie kogoś jest dość litościwą formą zadania śmierci), ale też absolutnie bezlitośnie niszczy wszystko i wszystkich na drodze do upragnionego celu. Jeśli jeszcze na dodatek, całkowicie pozbawiony jest jakichkolwiek zahamowań i film robi się trochę obrzydliwy, a czarny charakter nadal pozostaje niewzruszony, a momentami nawet szarmański – to to jest właśnie to, co wywołuje największe ciarki. Przykładem niech będzie kolacja Hannibala Lectera z Abelem Gideonem gdzie mój ulubiony kanibal zaserwował Gideonowi…jego własną nogę:

 

Przerażająco spokojny

Człowieka szalonego, robiącego rzeczy niezrozumiałe i miotającego się w swoim szaleństwie, ciężko jest brać na poważnie. Ciężko jest uwierzyć, że misja samobójcza uda się, gdy Twój przywódca ewidentnie nie kontroluje sytuacji, a co dopiero gdy nie panuje nad sobą i własnymi emocjami.  Wiecie już o kim mowa? Tak, w Przebudzeniu Mocy również znalazło się miejsce dla czarnego charakteru. Samozwańczy następca Lorda Vadera, Kylo Ren, w niczym jednak nie przypominał Anakina Skywalkera po ciemnej stronie Mocy. Zamiast siać postrach, lub chociaż budzić podziw czy szacunek – był raczej marnym (acz przystojnym) przebierańcem. I moim zdaniem lepiej dla niego byłoby nie zdejmować maski.

Na pewno znajdą się wśród Was tacy, którzy staną za Kylo Renem muerem, podając powody, dla których zachowywał się tak a nie inaczej. I ja się z Wami zgodzę, z taką spuścizną ten chłopak na pewno nie miał łatwego życia. Nie zmienia to jednak faktu, że  jego zachownie odbierało mu resztki powagi. A ktoś kto jest śmieszny, na pewno nie będzie budził strachu (chyba, że jest clownem).

Brytyjski? 

Tak naprawdę ostatni punt nie jest obowiązkowy. Mnie osobiście jednak na pewno lepiej ogląda się i słucha czarnych charakterów mówiących z brytyjskim akcentem. Nie będę się rozwodzić nad tym, dlaczego. Pozwolę odpowiedzieć na to pytanie Tomowi Hiddlestonowi, Benowi Kingsley’owi i ekipie Jaguara. Bo w Jaguarze wiedzą, co dobre!

A czy Wam zdarza się wzdychać do filmowych i serialowych czarnych charakterów? Macie swojego ulubionego? A może podzielicie się ze mną tym, co najbardziej Was przeraża?

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Jaki musi być ten zły, żeby był dobry?

    • O, Cruella jest dobrym przykładem na to, że naprawdę czarny czarny charakter jest bezlitosny. No bo kraść i zabijać biedne małe pieski dla płaszcza? Czy jest coś gorszego?

      Polubienie

  1. Zgadzam się co do każdego tupu i cech opisania, aczkolwiek Wilson Fisk z Daredevila opanowany nie jest w ogóle. Sceny z jego brutalnością i łatwością popadania w gniew ruszały mnie bardzo i dzięki temu wiem, że to jest spoko cecha dla czarnego charakteru. Natomiast mój ulubiony czarny charakter to chyba właśnie Loki… albo Prezydent Snow z Igrzysk Śmierci. O ile same filmy były takie sobie, o tyle Snow (czy też Donald Sutherland w jego roli) był świetny 😀

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s