Telefon też człowiek czyli wypadki chodzą po telefonach

nokia 1020 - hej

Cześć, jestem Nokia 1020 i nie boję się powiedzieć, że jestem najbardziej pechowym telefonem na świecie. Chcecie usłyszeć moją historię?

Wzdech.

Zostałam zakupiona i podarowana Ginger jako prezent świąteczny. Wychodzona, wypatrzona, wywzdychana i wyproszona trafiłam wreszcie do niej i byłam prawdziwym spełnieniem marzeń. Nie macie pojęcia, jakie to wspaniałe uczucie, szczególnie dla kogoś takiego jak ja. Bo widzicie, dobrze zdaję sobie sprawę ze swoich braków. Wiem, że mogłabym mieć bogatsze wnętrze, że może przydałoby się być bardziej elastycznym. Może gdybym łatwiej dawała się dostosować do potrzeb użytkowników, nie spędzałabym długich, samotnych godzin na wystawach sklepowych, łypiąc zazdrośnie na bardziej pożądanych kolegów z tej samej półki. Może nie zaprzątałabym sobie procesora ciągle jednym i tym samym pytaniem: „Co mają oni czego nie mam ja? Nadgryzione jabłko na plecach?” Ale jestem jaka jestem i byłam Ginger naprawdę wdzięczna za dostrzeżenie we mnie potencjału, za docenienie moich mocnych stron. Zwłaszcza mojego ostrego spojrzenia i sokolego wzroku. Dla niej byłam idealna. I to mi wystarczało. Zwłaszcza, że prawie natychmiast stałyśmy się nierozłączne.

Upadam po raz pierwszy

Rzecz jasna, pojechałyśmy także razem w delegację i jak prawdziwe przyjaciółki, chodziłyśmy nawet razem do hotelowej toalety. Wprawdzie to raczej Ginger nakładała makijaż, a ja co najwyżej podawałam jej co jakiś czas godzinę, albo puszczałam muzykę – ale czego się nie robi dla przyjaciółki?

I właśnie podczas jednej z takich posiadówek, TO stało się po raz pierwszy. Ginger sprawdziła godzinę i wróciła do malowania drugiej powieki, odkładając mnie na półkę pod lustrem ekranem do dołu. Nie było huku, dzwonienia tłuczonego szkła, nic z tych rzeczy. A jednak, niczym zmarszczki na zmęczonej twarzy, na moim ekranie pojawiła się pajęczyna pęknięć… Ja osobiście rozpadłam się tylko zewnętrznie, ale dla Ginger to był cios poniżej pasa. Trzęsącymi się dłońmi podniosła mnie, przetarła dłonią szybkę…a potem tą samą dłonią przetarła oczy ze zdumienia.

Nie ulegało wątpliwości, to był nieszczęśliwy wypadek. To, jak bardzo jest źle, można było wywnioskować z reakcji Ginger, która nawet nie zaklęła. Złapała tylko za telefon służbowy i zadzwoniła do najbliższego autoryzowanego serwisu. Serwis Nokii, choć drogi, obiecał zadziałać szybko, więc Ginger zacisnęła zęby i poprosiła koleżankę, by odniosła mnie do punktu serwisowego.

Myślicie, że to koniec historii? Że wszystko skończyło się happy endem, Ginger (człowiek zazwyczaj uczący się na błędach) i z tego wydarzenia wyciągnęła wnioski i po tygodniu odebrała mnie, lśniącą i odnowioną i wyposażyła w szybkę ze szkła hartowanego, żeby w przyszłości uniknąć powtórki z rozrywki?

No cóż, ja też miałam taką nadzieję. Ale Ginger nie miała czasu, by odebrać mnie z serwisu (to Ci przyjaciółka!), znowu więc poprosiła o pomoc koleżankę. Ta odebrała mnie rzeczywiście, po czym, zamiast oddać mnie bezpiecznie w ręce Ginger, wywiozła gdzieś daleko.

Dla okupu??

Lato zmieniło się w jesień, jesień w zimę, a ja nadal tkwiłam wetknięta w jakąś reklamówkę (próbują mnie udusić?) z daleka od mojej Ginger.  Nie panikowałam zanadto tylko dlatego, że wiedziałam, że gdyby to o okup chodziło, Ginger z pewnością by go zapłaciła. Kurzyłam się więc tylko i oddawałam się marzeniom o tym, jak Ginger o mnie zadba, gdy tylko znowu się zobaczymy. Wiecie, sądziłam, że dostanę jakieś wygodne, bezpieczne etui, a Ginger sama wspominała także o ochronnej szybce na ekran. Tylko dzięki tym marzeniom, przetrwałam te ciemności i bezczynność.

Aż wreszcie nadszedł ten dzień – 6 grudnia, dzień ponownego spotkania. Obie byłyśmy stęsknione, ale ja czekałam także na prezent – wymarzoną, wyśnioną i przyobiecaną mi przez Ginger hartowaną szybkę. Nie doczekałam się. Za to Ginger obiecała uważać na mnie dwa razy bardziej, w co oczywiście uwierzyłam.

Wróciłyśmy więc do starej rutyny, a Ginger przyznała, że dzięki mnie zaczęła znów korzystać z mediów społecznościowych. Dawałam więc z siebie wszystko, by bez przeszkód mogła jednocześnie strzelać selfie, wrzucać je na Facebooka i słuchać ulubionej muzyki. W zamian rzeczywiście rzadziej lądowałam na samym dnie wypchanej czym popadnie torby, częściej za to dane mi było mościć się bezpiecznie w miękkiej kieszeni kurtki.

Upadam po raz drugi

Ale to właśnie ta kurtka przyczyniła się do mojej zguby po raz drugi. Pewnego dnia, Ginger zabrała mnie na wycieczkę za miasto. Wsiadłyśmy w autobus, Ginger wsadziła słuchawki w uszy i przymknęła oczy, wystawiając twarz do słońca. Muzyka płynęła z głośników, a Ginger przysypiała. I właśnie wtedy ja (musiałam też przysnąć, a może po prostu obie na chwilę zatraciłyśmy się w muzyce) wysunęłam się z kieszeni kurtki i klepnęłam twarzą w twardą podłogę autobusu. Ginger oblała się potem, podniosła mnie natychmiast i (nie zważając na jadących razem z nami ludzi) zaczęła po prostu powtarzać: „Nie, nie, nie, nie, nie…” Już wiedziała, że znowu będzie uboższa o 650 zł…

Tym razem jednak, cała akcja z wymianą ekranu (którą ja w myślach nazywam operacją plastyczną, bo tylko wtedy czuję się trochę bardziej jak gwiazda, a nie jak sponiewierana i zapomniana rzecz, którą można po jakimś czasie rzucić w kąt ) trwała krótko. Serwis nie był do końca autoryzowany, ale dwadzieścia minut po oddaniu mnie w ręce Pana technika, byłam gotowa do pracy. Tym razem Ginger zakupiła także obiecane mi wcześniej etui i szybkę z hartowanego szkła, upewniając się przy tym, że dzięki temu będę już praktycznie niezniszczalna.

I tak było przez następne parę tygodni. Spadałam jeszcze wiele razy, zawsze twarzą w dół, ale na ekranie nie pojawiła się najmniejsza ryska. Ginger zaczęła jednak teraz nagminnie mnie gubić.

Zostawiała mnie w samochodach koleżanek z pracy, w domu rodzinnym, w mieszkaniu w Toruniu, kiedy wracała po weekendzie do pracy, w restauracjach, sklepach i innych przybytkach. Zawsze czekałam, ona zawsze wracała, więc właściwie nie miałam na co narzekać.

Aż do powtórki z rozrywki.

Rozpadam się po raz trzeci

Bo wyobraźcie sobie, że po raz trzeci rozpadłam się na kawałki (mówiąc dokładniej dwa kawałki, tak że wszyscy mogli sobie oglądać moje bebechy nie wysilając się przy tym przesadnie), kiedy wsiadałyśmy z Ginger do autobusu. Miałyśmy jechać na obiad do rodziców, szykowałam się zatem do tego, że z pewnością będę niezbędna, by pstryknąć parę fotek domowego jedzenia. Cieszyłam się już także na kilka ujęć pierwszych wiosennych pąków. Nic z tego jednak, wystarczyło jedno mocniejsze przyciśnięcie ekranu i znowu nie nadawałam się do niczego. Ginger przetarłaby pewnie ponownie oczy ze zdumienia, gdyby nie to, że obie miała zajęte trzymaniem moich dwóch połówek i wylewających się na zewnątrz bebechów.

Tym razem nie odezwała się ani słowem, bo cóż pozostaje do powiedzenia w takiej sytuacji? Natychmiast jednak sięgnęła po telefon służbowy i zadzwoniła do serwisu, zgłaszając „usterkę” w ramach gwarancji (Usterkę!? Usterkę?! Tu już nie była potrzeba operacja plastyczna, a poważny zabieg chirurgiczny!).

Udało się, przetrwałam i to, na szczęście tym razem nie trzeba było przynajmniej płacić. Znowu jednak zniknęłam z życia Ginger na kolejny tydzień. I wiecie co, chyba nie chcę wiedzieć, co jeszcze mnie czeka w mojej krótkiej, acz burzliwej karierze…

Wspieramy Cię…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s